Wyprawa do przeszłości - zdjęcie

Hej, to ja, Leon! Dzisiaj wyprawa nietypowa, bo nie w góry, tylko... do przeszłości! Okazuje się, że w szafie tatko skrywa ciekawe rzeczy. I mimo że mają już sporo lat, wciąż działają - a ja nieźle się przy nich bawiłem ;)

To trochę jak z górami: stare rzeczy, tak jak stare szlaki, mają w sobie historię, której nowe dopiero się dorabiają. Sprzęt sprzed lat trzeba obsługiwać powoli, z uwagą, czasem czymś pokręcić albo postukać - zupełnie inaczej niż dzisiejsze urządzenia. Ale właśnie w tym cała frajda!

W szafie czekało Commodore 64: beżowa klawiatura, gruby kineskopowy monitor, plątanina kabli i osobny zasilacz wielkości cegły. Cały ten sprzęt rozłożyliśmy wprost na podłodze, bo inaczej się nie dało, i tak też graliśmy - na dywanie, z nosem metr od ekranu.

Joystick to zupełnie inne urządzenie niż pad od konsoli. Jest twardy, klika głośno przy każdym ruchu i ma jeden jedyny przycisk. Nie da się nim zrobić nic subtelnego: albo w lewo, albo w prawo. Po kilkunastu minutach bolał mnie kciuk, ale odłożyć go nie chciałem za żadne skarby.

Grałem w grę, w której kopie się korytarze w podziemnej jaskini i zbiera błyszczące kamyki, cały czas uważając, żeby zwisający wyżej głaz nie spadł na głowę. Zasady wyjaśnia się w pięć sekund, a wciąga na godziny. Trochę jak w górach: nic skomplikowanego, po prostu idziesz naprzód i patrzysz, gdzie stawiasz nogę ;)