Leon w kajaku na Dunajcu, w tle masyw Trzech Koron

Hej, to ja, Leon! Trzy Korony, Dunajec, kajak i ja ;) Dzień wcześniej podszedłem pod sam szczyt Trzech Koron, ale na platformę widokową nie wszedłem - stała do niej kolejka na godziny, więc zawróciłem i oglądałem masyw z łąk u jego stóp. Dziś postanowiłem zobaczyć tę samą górę jeszcze inaczej: od wody.

Ze Sromowiec Niżnych na wodę

Kajak na Dunajcu tuż po starcie, w tle turnie Trzech Koron

Start w Sromowcach Niżnych. Kamizelka zapięta, wiosło w garść i wsiadamy - a rzeka od razu zabiera kajak w swoją stronę, bez pytania. Pierwsze minuty to nauka, że wiosłem tu się nie tyle płynie, co steruje: Dunajec sam niesie, trzeba tylko trzymać dziób tam, gdzie woda jest głębsza, i uważać na kamienie tuż pod powierzchnią.

A gdy tylko odbiliśmy od brzegu, obejrzałem się za siebie - i tam, nad drzewami, stały one. Turnie Trzech Koron, te same, na których szczyt nie udało mi się wejść. Z wody wyglądają zupełnie inaczej niż z łąk: wyżej, ostrzej, bardziej niedostępnie.

Trzynaście kilometrów przełomem

Trasa do Szczawnicy liczy jakieś trzynaście kilometrów i prowadzi Przełomem Dunajca - najbardziej krętym i najładniejszym odcinkiem rzeki. Woda jest tu wyjątkowo przejrzysta: widać dno, kamienie i przemykające ryby. Raz rzeka rozlewa się szeroko i płynie leniwie, a raz zwęża między skałami i wtedy nagle robi się szybciej, kajak przyspiesza, a woda chlupie o burty.

Nad głową cały czas przesuwają się ściany. Miejscami mają ponad trzysta metrów wysokości i wyrastają prosto z wody, porośnięte sosnami, które trzymają się skały w sposób, którego nie da się wytłumaczyć. Człowiek w kajaku jest wtedy naprawdę malutki - i to jest w tym najlepsze. Płynie się, zadziera głowę i milczy.

Po drodze mijaliśmy tratwy flisackie. Flisacy w kapeluszach i haftowanych kamizelkach prowadzą je długimi drągami, opowiadając pasażerom historie i żartując z płynących obok kajakarzy. Tratwy suną dostojnie, kajaki śmigają. Każdy ma swój sposób na tę rzekę.

Powrót pod ścianami, tym razem pieszo

Skalna wnęka przy ścieżce pieszo-rowerowej w przełomie Dunajca

W Szczawnicy oddaliśmy kajak - i wtedy pojawiło się pytanie, jak wrócić do punktu startu. Odpowiedź była tylko jedna: na własnych nogach, ścieżką pieszo-rowerową biegnącą przełomem, tuż nad wodą. To trasa, którą wykuto w skale i poprowadzono brzegiem rzeki: raz przykleja się do ściany, raz schodzi na kamieniste plaże, raz wchodzi w skalne wnęki i przewieszki, pod którymi trzeba schylić głowę.

Skalna ściana nad Dunajcem widziana ze ścieżki przy brzegu

I tu wydarzyła się rzecz, dla której warto było wracać właśnie tak. Te same ściany, które godzinę wcześniej przesuwały się obok kajaka, teraz stały nade mną w bezruchu. Mogłem się zatrzymać, dotknąć skały, zejść nad wodę, popatrzeć w nurt z brzegu. Z kajaka rzeka decyduje, jak długo patrzysz na dane miejsce; idąc pieszo, decydujesz sam.

Dunajec i masyw Trzech Koron w popołudniowym słońcu

Pod koniec drogi Dunajec znowu się rozlał, a nad zakolem, w popołudniowym słońcu, jeszcze raz pokazały się Trzy Korony. W ciągu dwóch dni obejrzałem tę samą górę z trzech różnych stron: z podejścia pod szczyt, z łąk u jej stóp i z rzeki, która płynie u jej podnóża. Na sam wierzchołek nie wszedłem - ale znam ją teraz chyba lepiej niż niejeden, kto stał w tamtej kolejce ;)