Trzy Korony: kolejka zamiast szczytu
Hej, to ja, Leon! Ten wpis jest o wyprawie, która nie skończyła się tak, jak miała. Zdobyłem już wtedy całą Koronę Sudetów, stałem dwa razy na Rysach i witałem wschód słońca na Babiej Górze - a w Pieninach zawróciłem kilkadziesiąt metrów pod szczytem. I wcale tego nie żałuję.
Bukowym lasem w górę

Ruszyliśmy z parkingu w dolinie, prawie z poziomu Dunajca. Szlak wchodzi od razu w bukowy las i pnie się stopniami z bali - takimi, po których idzie się miarowo jak po schodach w bardzo wysokim bloku. W sierpniowe południe las robi za parasol: na zewnątrz upał, a tu zielony półcień i chłodne powietrze.
Pieniny są niewysokie - najwyższy punkt tej trasy to około 950 metrów - ale nie dajcie się zwieść. Startuje się z 450 metrów, więc do przejścia jest cała wysokość dobrej karkonoskiej doliny, tylko upakowana w krótszym odcinku. Nogi wiedziały, że pracują.
Polany i pierwsze widoki

Wyżej las się otwiera i zaczynają się polany. To coś, czego nie ma w Karkonoszach: trawiaste łąki wyciosane kiedyś w lesie przez pasterzy, do dziś koszone, żeby nie zarosły. Idzie się przez pas kwiatów, a między drzewami widać już kolejne grzbiety, jeden za drugim, aż po horyzont.

A potem zza drzew wychodzi ON: skalisty grzbiet Trzech Koron. Z bliska widać, że to nie jest zwyczajna góra, tylko wapienny mur poszarpany na turnie, wystający z zielonego lasu jak grzbiet śpiącego smoka. Najwyższa z tych turni to Okrąglica, 982 metry. Na jej czubku zbudowano małą platformę widokową, na którą wchodzi się wąskimi schodkami przyklejonymi do skały.
Kolejka, która się nie kończy
I tu zaczyna się prawdziwa historia tego dnia. Bo na platformę mieści się naraz garstka osób, a chętnych w sierpniowe popołudnie są setki. Ludzie stoją w kolejce jeden za drugim, na ścieżce, w słońcu, i posuwają się po kilka kroków co parę minut. Widziałem koniec tej kolejki, ale nie widziałem jej początku.
Policzyliśmy z tatkiem na szybko: przy takim tempie staliby tam ponad godzinę, może dwie. Godzina stania w miejscu na rozgrzanej ścieżce, żeby przez dwie minuty popatrzeć z platformy, popychanym przez kolejnych czekających. I wtedy podjęliśmy decyzję, która wtedy trochę bolała, a dziś wydaje mi się całkiem mądra: zawracamy.
Bo góry to nie jest kolekcja szczytów do odhaczenia. Owszem, zbieram odznaki i cieszę się z każdego wierzchołka - ale stanie w tłumie po pieczątkę nie ma nic wspólnego z tym, po co chodzę w góry. Wolałem iść dalej, tam gdzie nie ma nikogo.
Nagroda dla tych, którzy zawrócili

I okazało się, że najlepsze dopiero przede mną. Zeszliśmy z głównego szlaku na łąki po drugiej stronie masywu - i tam nie było już praktycznie nikogo. Cisza, koniki polne, zapach nagrzanej trawy. A nad tym wszystkim, na tle błękitnego nieba, cały grzbiet Trzech Koron z pięcioma turniami naraz.

I tu jest paradoks, który zapamiętałem na długo: ze szczytu Trzech Koron nie widać Trzech Koron. Ci wszyscy ludzie w kolejce zobaczą piękny widok na Dunajec, ale nie zobaczą tego, po co przyjechali - sylwetki góry, którą oglądałem właśnie ja, z dołu, siedząc na trawie i jedząc kanapkę. Czasem lepszy widok jest spod szczytu niż z niego.

Wracaliśmy pętlą przez wsie u podnóża, mijając drewniane domy i sady. Trzy Korony szły z nami przez całą drogę, obracając się powoli i pokazując coraz to inny profil. A dwa dni później zobaczyłem je jeszcze raz, z zupełnie nowej strony: z kajaka na Dunajcu, płynąc przełomem u ich stóp.
Trasa
Pętla z parkingu w dolinie pod Trzy Korony i z powrotem: 14,8 km i 664 metry sumy podejść, między 450 a 950 metrem nad poziomem morza. Bez ostatnich kilkudziesięciu metrów, tych najbardziej zatłoczonych. Ślad z całej pętli znajdziecie na mapie poniżej.