Biegiem nad Morskie Oko, czyli wyścig z konikami

Hej, to ja, Leon! To był ostatni dzień naszego tatrzańskiego tygodnia - w piątek tatko miał zawody, więc musieliśmy szybko wracać do Jeleniej Góry. Ale zanim wyjechaliśmy, miałem jeszcze jeden plan. Gdy układaliśmy wyprawę, zapytałem: „A możemy pobiec do Morskiego Oka i pościgać się z konikami ciągnącymi wozy?” Tatko się zgodził :)
Wyścig na asfalcie

Rano przyjechaliśmy na parking w Palenicy Białczańskiej i wystartowaliśmy: ja z przodu na lekko, tatko za mną taszczył plecak z potrzebnymi rzeczami - apteczką, wodą i ubraniem. Podział obowiązków w zespole to podstawa ;) Do Morskiego Oka dobiegłem, z przerwami na szybszy marsz, w GODZINĘ I PIĘĆ MINUT. Prawie 8 km i 400 metrów w górę - a czas na drogowskazie mówi 2:20, czyli byłem szybszy o połowę! Po drodze wyprzedziłem innych biegaczy, spacerowiczów i pięć wozów ze zmęczonymi konikami... o ludziach siedzących na tych wozach wypowiadać się nie będę ;)
Czarny Staw pod Rysami

W schronisku nagroda za wyścig: pyszny kurczak z ziemniakami. A że czasu do powrotu trochę zostało, poszedłem jeszcze wyżej - nad Czarny Staw pod Rysami (1580 m n.p.m.). Dróżka bardzo przyjemna: najpierw dookoła Morskiego Oka, potem kamiennymi schodkami w górę. Nad Czarnym Stawem pięknie i dużo spokojniej niż przy dolnym jeziorze. Usiadłem na kamieniu i pomyślałem: dzień wcześniej siedziałem kawałek wyżej, na samym szczycie Rysów... a właściwie na dwóch szczytach :) Z kamienia zlokalizowałem też ścieżkę prowadzącą na Rysy od polskiej strony - być może w przyszłym roku wejdę właśnie tędy, a nie od Słowacji.
Powrót do Palenicy tą samą drogą, już spokojnym marszem. Na nogach 19 km i 650 metrów przewyższenia, pogoda dopisała. Tatry, do zobaczenia za rok!














