Międzyrzecki Rejon Umocniony: podziemne miasto i nietoperze

Leon przy czołgu i zaporze przeciwczołgowej w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym

Hej, to ja, Leon! Wracając znad morza, zatrzymałem się w Pniewie, żeby zwiedzić Międzyrzecki Rejon Umocniony - Muzeum Fortyfikacji i Nietoperzy. Bunkry MRU to pozostałości po ogromnych niemieckich umocnieniach z czasów II wojny światowej.

Leon wśród betonowych zapór przeciwczołgowych, w tle czołg T-34

Najpierw zszedłem około 30-metrową klatką schodową w dół - a tam całe podziemne miasto! Tunele ciągną się kilometrami, kiedyś jeździły nimi nawet kolejki z zaopatrzeniem. Na górze zaś stoją kilkudziesięciotonowe stalowe wieże panzerwerków, w których czaiły się karabiny i miotacze ognia. Podczas zwiedzania dowiedziałem się sporo o historii tych obiektów.

Bunkry MRU w Pniewie: miasto pod ziemią

Niemcy zaczęli to budować w latach trzydziestych, jeszcze przed wojną, i ciągnęli prace przez kolejne lata. Umocnienia miały bronić granicy na odcinku między Odrą a Wartą, a pomysł był taki, żeby zamiast pojedynczych bunkrów zrobić jeden połączony organizm. Na powierzchni około stu betonowych schronów ze stalowymi kopułami, a pod spodem, od dwudziestu do pięćdziesięciu metrów niżej, korytarze łączące je ze sobą. Planowano trzydzieści pięć kilometrów tuneli, zdążono wydrążyć trzydzieści dwa.

Pod ziemią było wszystko, czego potrzeba do życia: koszary, kuchnie, magazyny, szpital, warsztaty, własna elektrownia i ujęcia wody. Głównym korytarzem jeździła kolejka wąskotorowa, która woziła amunicję i zaopatrzenie, i miała pod ziemią aż osiemnaście stacji. Żołnierz mógł zjechać windą w jednym schronie, a wyjść kilka kilometrów dalej, nie pokazując się na powierzchni ani razu.

A teraz najdziwniejsze. Ta cała potęga prawie nie powalczyła. Gdy pod koniec stycznia 1945 roku front doszedł tu naprawdę, obsada była słaba i źle zorganizowana, brakowało jej broni przeciwpancernej, i Armia Czerwona przełamała umocnienia w trzy dni. Lata pracy, dziesiątki kilometrów korytarzy i ogrom betonu poszły w gruncie rzeczy na darmo.

W środku jest ciemno, chłodno i bardzo cicho. Idzie się z czołówką korytarzem, którego końca nie widać, a echo kroków wraca po chwili z obu stron naraz. Beton jest tak gładki, jakby wylano go wczoraj. Miejscami widać jeszcze numery pomieszczeń, uchwyty na kable i pancerne drzwi grube na kilkanaście centymetrów.

Leon przy planszy z przekrojem podziemi Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego

Nietoperek: nowi lokatorzy bunkrów

A dlaczego „i Nietoperzy”? Bo gdy żołnierze opuścili podziemia, wprowadzili się nowi lokatorzy: tysiące nietoperzy, które co zimę zlatują się tu na sen. Ludzie zbudowali twierdzę nie do zdobycia... a zdobyły ją małe skrzydlate ssaki ;)

Dla nietoperzy te podziemia są idealne. Przez cały rok jest tu mniej więcej ta sama temperatura, kilka stopni powyżej zera, powietrze jest wilgotne i nic nie wieje. Dokładnie tego potrzeba, żeby przespać zimę: nie za ciepło, bo wtedy zwierzak zużywa zapasy tłuszczu, i nie za zimno, bo wtedy zamarza. Wiszą pod sufitem głową w dół, w szczelinach i zakamarkach, czasem po kilkadziesiąt sztuk obok siebie.

Nietoperz obudzony w środku zimy może już nie dotrwać do wiosny, bo na jedno przebudzenie zużywa tyle energii, ile na wiele dni snu. Dlatego zimą część korytarzy jest zamknięta dla ludzi, a przy wejściach wiszą specjalne kraty, przez które nietoperz przeleci, a turysta nie wejdzie. Trochę zabawnie to brzmi: największa twierdza w okolicy chroni dziś zwierzęta wielkości dłoni.