Leon na skalnych płytach Kościelca, w dole stawy Doliny Gąsienicowej

Cześć, tu znowu Leon! Plan na ten dzień był skromny: Nosal i Krupówki. Skończyło się na Kościelcu, 2155 metrów, z uprzężą i liną. Tak wygląda wyprawa, w której plan przegrywa z widokiem ze szczytu, na który akurat patrzysz.

Zmiana planów na Nosalu

Wyprawa rozpoczęła się na campingu w Zakopanem. Miałem zwiedzić Nosal, ale gdy zobaczyłem w oddali inną górkę, nie mogłem się powstrzymać! Celem stał się Kościelec, 2155 metrów, w Tatrach Wysokich. Z daleka wygląda jak ostra piramida i trudno od niego oderwać wzrok.

Przez Nosal do Kuźnic

Z Nosala zszedłem przez Przełęcz Nosalową do Kuźnic. Tam zmieniłem kolor szlaku z zielonego na niebieski i ruszyłem dalej, już w prawdziwe Tatry.

Przez Boczań na Halę Gąsienicową

Na niebieskim szlaku przeszedłem przez Boczań oraz Przełęcz między Kopami, aż dotarłem na Halę Gąsienicową. Tam znajduje się Schronisko Murowaniec, gdzie odpocząłem chwilę przed dalszym marszem.

Kamień Karłowicza

Kościelec ma swoją historię, ale nie jest to bajka o smoku, tylko rzecz zupełnie prawdziwa i smutna. 8 lutego 1909 roku na wschodnim stoku Małego Kościelca zeszła lawina i zginął pod nią Mieczysław Karłowicz, kompozytor, który chodził po Tatrach sam, na nartach, i sam znakował nowe szlaki.

W miejscu wypadku, jakieś trzydzieści metrów poniżej niebieskiego szlaku z Murowańca do Czarnego Stawu, leży granitowy głaz z napisem: „Mieczysław Karłowicz tu zginął porwany śnieżną lawiną d. 8 lutego 1909”, a pod spodem łacińskie „Non omnis moriar”, czyli „nie wszystek umrę”. Wykuto tam też swastykę podhalańską, zwaną „krzyżykiem niespodzianym”. Tym znakiem Karłowicz oznaczał wytyczone przez siebie ścieżki.

Najważniejsze jest jednak to, co stało się potem. Karłowicz razem z Mariuszem Zaruskim już od 1907 roku planował założenie górskiego pogotowia, ale go nie doczekał. Wydobycie jego ciała spod lawiny uważa się za pierwszą wyprawę ratunkową w dziejach TOPR, choć sama organizacja powstała formalnie dopiero jesienią tego samego roku. Czyli ratownictwo w Tatrach zaczęło się w praktyce od człowieka, który sam o nie zabiegał.

Wejście na Kościelec przez Karb

Po krótkim odpoczynku na Hali Gąsienicowej ruszyłem w stronę Kościelca. Przed wspinaczką zatrzymałem się przy Czarnym Stawie Gąsienicowym, gdzie zebrałem siły. Stamtąd czarny szlak prowadzi na przełęcz Karb (1853 m), a z Karbu już prosto granią na szczyt. Wejście z Czarnego Stawu zajęło mi około dwóch godzin. Nad Karbem nie ma łańcuchów ani klamer: jest wysoki próg skalny i gładkie płyty, po których idzie się rękami. Szlak był bardzo trudny, ale dzięki uprzęży, linie i kaskowi bezpiecznie dotarłem na szczyt.

Zejście do Zielonego Stawu i powrót

Z Kościelca zeszliśmy z powrotem na Karb, ale tym razem na drugą stronę, w stronę Zielonego Stawu Gąsienicowego. Potem wróciliśmy przez Halę Gąsienicową na Przełęcz między Kopami, a stamtąd w dół Doliną Jaworzynką, wzdłuż potoku, do Zakopanego i na camping.

Wspomnienia

Podczas całej wyprawy przebyłem około 20 km i pokonałem łącznie ponad 1600 metrów przewyższenia. Po drodze zatrzymałem się na pysznej obiadokolacji w Młynie. A wszystko dlatego, że z Nosala spojrzałem w złą, to znaczy w dobrą stronę.

Trasa przez: Kuźnice | mapa-turystyczna.pl

Co warto wiedzieć przed wejściem na Kościelec

  • Kościelec ma oficjalnie oznaczenie szlaku bardzo trudnego. Park narodowy nie wymaga uprzęży ani liny, ale my z nich korzystaliśmy i przy dziecku to rozsądny wybór. Kask przyda się każdemu.
  • Nad Karbem nie ma żadnych sztucznych ułatwień: ani łańcuchów, ani klamer. Trzeba czuć się pewnie na skale, i to zarówno w górę, jak i w dół, bo schodzi się tą samą drogą.
  • Na mokrej albo oblodzonej skale ten szlak robi się naprawdę groźny. Kościelec ma na koncie wiele wypadków śmiertelnych, więc przy złej pogodzie lepiej odpuścić.
  • Z Czarnego Stawu na Karb idzie się około 40 minut, a z Karbu na szczyt kolejne 45-50 minut. Mnie całe wejście z Czarnego Stawu zajęło około dwóch godzin.

I jeszcze jedno, całkiem poważnie: to nie jest szlak dla każdego. Kamień Karłowicza leży niedaleko, pod Małym Kościelcem, i przypomina, dlaczego w Tatrach nie warto niczego zgrywać.