Wschód słońca na Śnieżce, luty 2020

Hej, to ja, Leon! Pozdrawiam z dzisiejszego wschodu słońca na Śnieżce. Dokładnie rok temu byłem tu o tej samej porze - i wiecie co? Żaden wschód nie jest taki sam. Za każdym razem inne kolory, inne chmury, inny wiatr.

Zimowe wstawanie przed świtem to za każdym razem ta sama walka: ciepłe łóżko kontra ciemny szlak i mróz. I za każdym razem wygrywa szlak ;) Bo gdy stoisz na szczycie, a niebo na wschodzie zaczyna czerwienieć, wiesz dokładnie, po co była ta pobudka.
Zimowe wejście na Śnieżkę wygląda inaczej także pod nogami. Szlak jest ubity w twardą, śliską rynnę, więc raki albo raczki to nie fanaberia, tylko warunek, żeby w ogóle sensownie iść. Na Drodze Przyjaźni wiatr zwykle zwiewa śnieg z jednej strony i sypie go na drugą, przez co ścieżka potrafi zniknąć na kilkanaście metrów, a potem znowu się pojawić.
Ta zima była wyjątkowo łagodna i śniegu w niższych partiach prawie nie było. Dopiero powyżej Domu Śląskiego zrobiło się biało na poważnie. Karkonosze mają to do siebie, że w jednej wyprawie można przejść przez trzy różne pory roku, i to nie jest przenośnia.
A na szczycie było jak zawsze o świcie: cicho, zimno i pusto. Kilka osób z aparatami, wszyscy odwróceni w tę samą stronę, nikt nic nie mówi. Potem słońce wychodzi zza horyzontu, ktoś mruknie „no proszę”, i tyle. Po dziesięciu minutach wszyscy schodzą na dół, bo mróz robi swoje ;)
