Wodospad bez wodospadu: wąwozem przez dawne jaskiniowe domy
Hej, to ja, Leon! Gran Canaria bywa nazywana kontynentem w miniaturze i po kilku dniach wiem, dlaczego. Rano można stać nad oceanem, w południe wśród bananowców, a po godzinie jazdy w górę - w wąwozie tak suchym i kamienistym, że wygląda jak kawałek pustyni wycięty z zupełnie innej planety. Ta opowieść jest głównie o jednym dniu, o wyprawie w taki właśnie wąwóz. Ale zacznę od tego, co było przedtem.
Wyspa w kilku obrazkach

Najpierw był piasek. Wiatr układa na nim wzory, a kamienie leżą w małych zagłębieniach, jakby ktoś je specjalnie poukładał. Można się nad tym pochylać godzinami - z bliska wygląda to jak mapa nieznanego świata.

Potem był ocean, ale nie ten plażowy, tylko dziki: czarne skały, o które rozbijają się fale, i woda w tysiącu odcieniach niebieskiego. Na skałach mieszkają czerwone kraby - siedzą nieruchomo, a gdy tylko podejdziesz bliżej, znikają w szczelinach z prędkością, której nikt by się po nich nie spodziewał. Podglądałem je długo, zanim udało mi się nagrać:

Były też klify - ściany spadające prosto do wody, po których wije się droga, i punkty widokowe zawieszone nad przepaścią. Stoi się na szklanej płycie, pod stopami ma się kilkadziesiąt metrów powietrza, a przed sobą ocean po horyzont.

I banany. Rosnące, prawdziwe, ciężkie kiście na roślinie o wielkich, postrzępionych liściach. Do tej pory widziałem banany tylko w sklepie, więc długo nie mogłem uwierzyć, że tak po prostu wiszą sobie przy drodze.
Świt i wymarsz

Siódmego sierpnia wstałem przed siódmą, żeby zobaczyć wschód słońca nad oceanem. Słońce wychodzi tu z wody szybko, prawie bez uprzedzenia: przez chwilę jest szaro, potem nagle robi się pomarańczowo, a na wodzie kładzie się świetlna ścieżka prowadząca prosto do brzegu. Chłodno, cicho, żadnych ludzi.
A potem ruszyliśmy w górę. Trasa zaczyna się właściwie na poziomie morza i prowadzi w głąb lądu, do wnętrza wąwozu w gminie San Bartolomé de Tirajana. Ponad cztery kilometry, sto pięćdziesiąt metrów w górę - na papierze nic wielkiego, ale trzeba pamiętać, że idzie się dnem kamienistego jaru w sierpniowym słońcu, bez cienia.
Wąwóz jak z innej planety

Wąwozy na Gran Canarii nazywają się barrancos i wyglądają zupełnie inaczej niż nasze doliny. Nie ma tu potoku, mchu ani lasu. Jest kamieniste, szerokie koryto, po którym woda płynie kilka razy w roku, a przez resztę czasu leżą w nim tylko głazy przyniesione przez dawne powodzie. Ściany są rude, warstwowane, poprzecinane ciemnymi żyłami zastygłej lawy.
Roślin jest niewiele, ale te, które są, wyglądają niesamowicie: kępy suchych traw i wielkie kandelabry wilczomlecza kanaryjskiego, przypominające kaktusy, choć nimi nie są. Sterczą na krawędziach wąwozu jak szpaler dziwacznych świeczników. Cisza jest kompletna - żadnego ptaka, żadnego szumu wody. Tylko własne kroki po kamieniach.
Mieszkania w skale

I wtedy zobaczyłem je po raz pierwszy: ciemne otwory w ścianie wąwozu, wysoko nad dnem. Podszedłem bliżej i okazało się, że to nie są zwykłe dziury w skale. Przy wejściu ktoś ułożył murek z kamieni, wnętrze jest wyrównane, a otwór ma kształt drzwi. To dawne mieszkanie. Ktoś tu naprawdę mieszkał.
Stanąłem w tym wejściu i przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić, jak to jest: budzić się w skale, patrzeć rano na ten sam wąwóz, znosić wodę z dołu, trzymać kozy na zboczu. W środku jest chłodno nawet w największy upał - skała trzyma temperaturę lepiej niż niejeden dom. To nie była kryjówka na złą pogodę, tylko przemyślany sposób na życie w miejscu, gdzie drewna prawie nie ma, a kamienia jest w nadmiarze.
Ci, którzy mieszkali tu pierwsi
Zanim przypłynęli tu Hiszpanie, wyspy nie były puste. Ludzie żyli na nich od kilku tysięcy lat. Przybyli z Afryki Północnej, byli spokrewnieni z Berberami i na każdej wyspie tworzyli osobny lud. Tych z Teneryfy nazywano Guanczami i z czasem tę nazwę rozciągnięto na wszystkich, ale mieszkańcy Gran Canarii mieli własną: Canarios.
Nie znali metalu ani żeglugi dalekomorskiej. Narzędzia robili z kamienia, kości i drewna, hodowali kozy, uprawiali jęczmień, z którego mielili prażoną mąkę zwaną gofio - i jedzą ją tu do dziś. A mieszkali właśnie tak: w jaskiniach. Częściowo naturalnych, częściowo wykuwanych w miękkiej skale wulkanicznej, całymi osiedlami, jedna nad drugą. W jaskiniach urządzali też spichlerze na zboże i miejsca pochówku. Wąwozy takie jak ten były ich ulicami.
Podbój przyszedł pod koniec XV wieku. Kastylijczycy wylądowali na Gran Canarii w 1478 roku i spodziewali się szybkiego zwycięstwa: mieli konie, stal i broń palną, a naprzeciw stanęli ludzie z kamiennymi maczugami i oszczepami. Zamiast tygodni walki trwały pięć lat. Mieszkańcy znali każdy wąwóz i każdą grotę, atakowali z góry, zrzucali kamienie, znikali w skałach. Do dziś pamięta się imiona ich przywódców - jak Doramas, który poległ w walce, czy ostatni obrońcy z warowni Ansite, którzy w 1483 roku woleli rzucić się w przepaść, niż się poddać, wołając „Atis Tirma” - „za moją ziemię”.
Potem było to, co zwykle: choroby przywiezione zza morza, niewola, przymusowy chrzest i osadnicy. W ciągu kilku pokoleń dawni Kanaryjczycy przestali istnieć jako osobny lud - wymieszali się z przybyszami. Została po nich krew dzisiejszych mieszkańców wyspy, garść słów, nazwy miejsc (samo Tirajana to jedna z nich), gofio na stole - i te jaskinie. Idąc dnem wąwozu, cały czas miałem z tyłu głowy, że nie jestem tu pierwszy. Nikt tu nie jest pierwszy.
Wodospad, który nie płynie

Wąwóz zwężał się coraz bardziej, aż w końcu ściany zeszły się prawie ze sobą i stanąłem u celu. Wodospad. Wysoka, gładka ściana, wyszlifowana na lustro przez wodę, która przez tysiące lat spadała tędy w dół. Pod nią głęboki kocioł wypełniony wodą - zieloną, nieruchomą, z odbiciem skał na powierzchni.
I to wszystko. Woda była, ale nie płynęła. Ani kropli. Cisza taka, że słyszałem własny oddech, a wodospad, po który przyszedłem ponad cztery kilometry, stał zupełnie nieruchomo, jak zatrzymany na pauzie.
Powiem szczerze: przez chwilę było mi trochę głupio, że tyle szedłem po coś, co nie działa ;) Ale zaraz potem pomyślałem, że przecież właśnie to jest w tym najciekawsze. Ta ściana została wyrzeźbiona przez wodę, której teraz nie ma. Ten kocioł wydrążyły spadające strumienie, które przychodzą tu tylko po wielkich deszczach, może kilka razy w roku, a wtedy wąwóz zamienia się w rwącą rzekę. Cała ta rzeźba, którą oglądałem, to zapis czegoś, czego akurat nie dało się zobaczyć.
W Karkonoszach wodospad to woda. Tutaj wodospad to skała, która pamięta wodę. I wcale nie musiałem widzieć jej w ruchu, żeby wrócić zadowolony.
Trasa
Znad wybrzeża w górę wąwozu do wodospadu: 4,4 km i 150 metrów sumy podejść w jedną stronę, od poziomu morza do około 130 metrów. Powrót tą samą drogą. Krótko - ale w sierpniowym słońcu, na kamieniach i bez cienia, całkiem wystarczająco. Wodę bierzcie z zapasem, bo w tym wąwozie nie ma jej nigdzie, nawet w wodospadzie ;)