Leon siedzi na skałach nad morzem chmur wypełniającym dolinę po czeskiej stronie Śnieżki

Cisza, spokój i bezkresne morze chmur...

Zdjęcie zrobione w drodze na Śnieżkę, dosłownie kilkadziesiąt metrów od szczytu, na zakosach. Usiadłem na skałkach przy szlaku i patrzyłem na stronę czeską: zbocza schodzą stąd stromo w dół, a cała dolina pod nimi była po brzegi wypełniona chmurą. Wyglądało to, jakby ktoś nalał tam mleka.

Najlepsze były te miejsca, w których chmura przelewała się przez grzbiet. Powoli, leniwie, kłębami, jak wolno płynąca woda przez próg tamy. Po drugiej stronie doliny widać było czeskie grzbiety wystające ponad białą powierzchnię, a dalej, aż po horyzont, nie było już nic poza gładkim morzem.

Są takie dni w górach, kiedy w dolinach jest szaro, mokro i ponuro - a wystarczy wejść kilkaset metrów wyżej, żeby wyjść ponad chmury. Wtedy pod nogami rozciąga się białe, faliste morze, z którego wystają tylko czubki najwyższych szczytów jak wyspy. Słońce świeci, cień jest ostry, a cisza taka, że słychać własny oddech.

Dla takich chwil warto wstawać rano i wychodzić z domu nawet wtedy, gdy prognoza mówi „całkowite zachmurzenie”. Bo w górach chmury bywają nie nad tobą, tylko pod tobą ;)

Przejście przez granicę mgły

Najlepsze jest samo przejście przez tę granicę. Idziesz w mokrej mgle, wszystko jest szare, kaptur naciągnięty, widoczność kilkanaście metrów. I nagle, w ciągu kilkudziesięciu kroków, mgła się przerzedza, robi się jaśniej, a potem człowiek wychodzi na słońce i odwraca się za siebie. Pod nogami stoi biała, gładka pokrywa, pod którą został cały świat.

Ta pokrywa wcale nie jest nieruchoma. Powoli faluje, przelewa się przez przełęcze i wlewa do sąsiednich dolin jak wolna woda. Czasem odsłania na chwilę kawałek zbocza albo dach schroniska i zaraz zamyka go z powrotem. Można na to patrzeć bardzo długo i wcale się nie nudzi.

Ciekawe jest to, że taka pogoda działa na odwrót niż zwykle. Zimą, gdy w dolinie jest zimno, ponuro i mokro, na górze może być kilka stopni cieplej i słonecznie. Ludzie w mieście chodzą wtedy z opuszczoną głową i mówią, że pogoda pod psem, a kilkaset metrów wyżej jest najpiękniejszy dzień w miesiącu. Trzeba tylko chcieć tam wejść.