Listopadowe Góry Izerskie: szwendanie i ćwiczenia na szlaku

Hej, to ja, Leon! Rano szukałem zimy w Karkonoszach, a po południu przeniosłem się kawałek na zachód: dzisiaj po Górach Izerskich się poszwendałem i gdzieniegdzie poćwiczyłem ;)
Szwendanie to też sport
Nie każda wyprawa musi mieć wielki cel, zdobyty szczyt i pieczątkę w książeczce. Czasem najlepiej po prostu iść przed siebie i patrzeć, co się wydarzy. Izery są do tego stworzone: szerokie leśne dukty, mchy jak dywan, granitowe głazy porozrzucane wśród drzew i cisza, w której słychać każdy krok. Listopad zabrał już liście, więc widać dużo dalej niż latem - między pniami prześwitują dalekie grzbiety, a szlak wydaje się przestronniejszy.
Naturalna siłownia

A ćwiczenia? W Izerach nie trzeba szukać siłowni, bo cała okolica nią jest ;) Każdy większy głaz to podciąganie, każdy powalony pień to równoważnia, a każde strome podejście to trening nóg lepszy niż na bieżni. Zresztą jedno wiem na pewno: wszystkie moje starty w biegach - górska Lawina, rowerowy Bieg Piastów czy pięć kilometrów w mieście - biorą się właśnie z takich popołudni. Nie z planu treningowego, tylko ze zwykłego szwendania się po lesie.
Izery o tej porze roku
Góry Izerskie w listopadzie mają swój własny klimat. Turystów prawie nie ma, bo na narty za wcześnie, a na spacery „za brzydko”. Za to jest cisza, zapach mokrego mchu i to szczególne, niskie światło, które sprawia, że nawet zwykły las wygląda jak z filmu. A gdy człowiek zna te szlaki na pamięć - z pierwszych wypraw do Chatki Górzystów, z rowerowych wypadów na Kopalnię Stanisław - to wraca tu jak do starego kolegi. I zawsze coś nowego znajdzie.

