Noworoczna wyprawa do Samotni: znalazłem ZIMĘ!

Hej, to ja, Leon! Rano parkrun, a po południu góry - tak wygląda porządny Nowy Rok ;) I mam wielką wiadomość: ZNALAZŁEM ZIMĘ! Bo u mnie pod domem śniegu ani na lekarstwo, a wystarczyło wjechać kawałek wyżej i... bajka. Wyruszyłem z Karpacza Górnego, zwanego kiedyś Bierutowicami, niebieskim szlakiem w stronę Samotni, mijając po drodze Polanę i Domek Myśliwski.
Schronisko zakopane po dach

A tam widok jak z pocztówki: Samotnia zakopana w śniegu prawie aż po samiusieńki dach! Mały Staw też zasypany, a dookoła wszędzie biały proszek. To jedno z tych miejsc, dla których warto wstać rano - schronisko z dzwonniczką w środku wielkiego śnieżnego kotła wygląda zimą jak domek z bajki o krainie lodu.
Piesek i herbatka

Po krótkim odpoczynku powędrowałem wyżej, do Strzechy Akademickiej, gdzie zjadłem obiadek i popiłem herbatką. Aha! I tu najlepsze: piesek, którego niosłem w plecaku, obudził się i wypił mi trochę cieplutkiej herbatki ;) Po ogrzaniu wrócił do plecaka, a ja ubrałem się i wyszedłem z powrotem na śnieg.
W dół same wygłupy na śniegu: żółtym szlakiem, czyli starym torem saneczkowym, którym przed wojną zjeżdżały sanie rogate. Na koniec czarną drogą podszedłem pod Świątynię Wang - popatrzyłem chwilę, jak pięknie jest oświetlona wieczorem, i wróciłem do domu. Na nogach około 11 km i 500 metrów w górę. Pogoda wyśmienita: mało wiało, temperatura jak na tę porę roku przyjemna. No i dużo, dużo śniegu!







