Leon przy tablicach Symbolicznego Cmentarza Ofiar Gór pod Osterwą w Tatrach

Dzisiaj mija 28 lat, odkąd Jerzego Kukuczkę góry zabrały dla siebie. Gdy on wspinał się na najwyższe góry świata, moi rodzice nawet się jeszcze nie znali - ale dla tego wspaniałego himalaisty mam ogromny szacunek i pamiętać o nim będę zawsze.

Latem, będąc w Tatrach i wracając z Rysów, odwiedziłem Tatrzański Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór, gdzie znajduje się tablica z jego imieniem. Tatko poczytał mi nazwiska... chwila zadumy.

Kukuczka wspinał się inaczej niż wszyscy. Nie chodziło mu o to, żeby po prostu stanąć na szczycie - szukał dróg trudniejszych, nowych, takich, którymi nikt wcześniej nie szedł. Wchodził zimą, gdy inni czekali na lato, i bez dodatkowego tlenu tam, gdzie powietrza jest już bardzo mało. Mówił o sobie skromnie, że jest zwykłym człowiekiem, który po prostu lubi góry.

Ma to w sobie coś, co rozumiem nawet ze swoimi kilkoma tysiącami metrów w nogach: w górach nie liczy się to, żeby być pierwszym na liście. Liczy się, jak się tam poszło. Można wjechać kolejką albo wyjść o czwartej rano na własnych nogach - szczyt będzie ten sam, a dzień zupełnie inny.

Tablica na symbolicznym cmentarzu pod Rysami to nie grób. Ciało Kukuczki zostało tam, gdzie zginął, na południowej ścianie Lhotse. Ale takie miejsce jest potrzebne żywym: żeby było gdzie przystanąć, przeczytać nazwisko i przez chwilę pomyśleć o kimś, kogo się nigdy nie poznało.