Ruiny mauzoleum w Bukowcu i grzybek rosnący z sufitu

Grzyb wyrastający z sufitu skalnej pieczary koło Bukowca

Hej, to ja, Leon! Jesienny las koło Mysłakowic skrywa niejedną tajemnicę - a dzisiejsza sobotnia wyprawa zaowocowała odkryciem prawdziwej perełki: ruin mauzoleum w Bukowcu, zbudowanego w latach 1800-1801 przez ówczesnego właściciela tych ziem, hrabiego von Redena. Wyobraźcie sobie: idziecie między drzewami po kolanach w liściach, a tu nagle spomiędzy gałęzi wyłaniają się stare kolumny, jak z opowieści o zaginionych świątyniach!

Leon przy ceglano-kamiennych ruinach Mauzoleum Opactwa w Bukowcu

To nie przypadek, że wygląda to tak romantycznie. Hrabia von Reden i jego żona Fryderyka urządzili z całego Bukowca wielki park-krajobraz: ze sztucznymi ruinami, wieżami i stawami, w którym spacerowicz miał się czuć jak bohater powieści. Mauzoleum powstało jako jeden z elementów tego założenia, według projektu Friedricha Rabego, i celowo zbudowano je w kształcie ruin starego opactwa, z kryptą i wieżą. Stąd jego nazwa: Opactwo. Gdy w 1815 roku hrabia zmarł, spoczął właśnie tutaj, a jego żona Fryderyka dołączyła do niego prawie czterdzieści lat później.

Park, w którym wszystko jest schowane

Von Reden nie był zwyczajnym właścicielem majątku. Zajmował się górnictwem i hutnictwem całego pruskiego Śląska i to w dużej mierze przez niego ta okolica z rolniczej zamieniła się w przemysłową: kopalnie, huty, pierwsze maszyny parowe. Ktoś taki mógł sobie zbudować pałac z kolumnami na środku wsi, żeby wszyscy widzieli. On zbudował park, w którym najciekawsze rzeczy są ukryte i trzeba ich szukać.

Bo Bukowiec jest urządzony jak jedna wielka zagadka. Są tu wieża widokowa, herbaciarnia, stawy poustawiane tak, żeby odbijały Karkonosze, i ścieżki, które celowo prowadzą okrężnie, aby widok otwierał się dopiero w wybranym momencie. Nawet gospodarstwo, obora i stodoła, zbudowano tak, żeby ładnie wyglądało z daleka. Dwieście lat temu nazywano to ozdobnym folwarkiem i było szczytem mody.

W okolicy znalazłem także niewielką pieczarę wykutą w skale, w której grzybek tak bardzo chciał żyć, że wyrósł z sufitu ;) Po drodze mnóstwo opadłych liści i grzybów - małych i dużych. Jesień w pełni!

Najlepsze w takich wyprawach jest to, że nic nie jest oznakowane. Nie ma kasy biletowej ani tabliczki z napisem „mauzoleum 200 metrów”. Idzie się zwykłym lasem, po kostki w liściach, i nagle między pniami stoją kolumny. Przez chwilę człowiek nie wie, czy to naprawdę, czy tylko dziwnie ułożone drzewa.

Jesień jest do tego najlepszą porą. Gdy liście spadną, las robi się przezroczysty i widać w nim rzeczy, które latem chowają się w zieleni: równy murek, kamienne stopnie, zarys dawnej ścieżki. Wiosną to samo miejsce znów zniknie i trzeba będzie czekać do listopada.