Tatry Zachodnie: Jaskinia Mroźna, Czerwone Wierchy i pięć dwutysięczników

Hej, to ja, Leon! Prosto z Beskidów przesiadłem się w Tatry - wieczorem w Zakopanem planowałem wyprawy palcem po mapie, a za oknem stała Wielka Krokiew. Rano ruszyłem w Tatry Zachodnie: z Kościeliska, a dokładnie z części Kiry, zielonym szlakiem w stronę schroniska na Hali Ornak. Pogoda mi niestraszna - a jak się okaże, dzień przyniesie dużo więcej, niż zaplanowałem ;)
Pół kilometra przez wnętrze góry

Po kilkudziesięciu minutach zboczyłem na czarny szlak, który stromymi podejściami zaprowadził mnie do Jaskini Mroźnej. Przejście przez jaskinię to około 500 metrów wędrówki przez sam środek góry! Dolina Kościeliska słynie z jaskiń - dawni górale opowiadali, że w tutejszych grotach zbójnicy chowali swoje skarby, a niejeden śmiałek zapuszczał się w ciemność z pochodnią, licząc na złoto. Ja skarbu nie szukałem, ale przejście ciemnym korytarzem i tak było przygodą samą w sobie. Potem wróciłem na zielony szlak i dotarłem pod schronisko na Hali Ornak - obowiązkowy posiłek przed tym, co miało nadejść.
Wulkany z chmur i pierwsza dwójka z przodu

Ze schroniska zielony szlak pnie się już ciągle pod górę: najpierw Kazalnica (1767 m n.p.m.), gdzie widoki zaparły mi dech - pobliskie górki wyglądały jak wulkany, a chmury nad nimi jak erupcje! Dalej Chuda Turnia (1858 m), chwila odpoczynku i podejście przez Twardą Kopę (2026 m) na zaplanowany najwyższy szczyt dnia: Ciemniak, 2096 m n.p.m. Plan mówił: stąd czerwonym w dół do Kościeliska. Ale... iść czy nie iść, oto jest pytanie :) Pogoda się poprawiła, nogi niosły, a grań Czerwonych Wierchów kusiła jak nic na świecie.
Nieplanowane smakuje najlepiej
No to poszedłem! Granią, czerwonym szlakiem, przez Krzesanicę (2122 m) i Małołączniak (2096 m) aż do Kopy Kondrackiej (2005 m). Czerwone Wierchy zawdzięczają nazwę trawie zwanej sitem skuciną, która jesienią barwi całe grzbiety na rdzawo-czerwono - idzie się wtedy jak po ogromnym, rudym dywanie. Z Kopy Kondrackiej zmieniłem szlak na żółty i podreptałem w kierunku dobrze mi znanego Giewontu (1894 m) - na szczyt wszedłem niebieskim szlakiem, po łańcuchach. Śpiący Rycerz chyba mnie już rozpoznaje, bo to moja druga wizyta w tym roku ;) W dół czerwonym szlakiem, trawersując dosyć stromy Mały Giewont, potem czarną Ścieżką nad Reglami przez Dolinę Małej Łąki i Przysłop Miętusi z powrotem do Doliny Kościeliskiej.
Bilans dnia: 26 km, 1750 metrów przewyższenia i PIĘĆ dwutysięczników zaliczonych za jednym zamachem :) Pogoda dopisała - tylko przy Krzesanicy przez kilka minut delikatnie padało. Nieplanowane naprawdę smakuje najlepiej!





























