Etna od wschodu: najbliżej, jak się dało

Hej, to ja, Leon! W Górach Kaczawskich chodziłem po wulkanach, które wygasły miliony lat temu, a ich kominy zamieniły się w porośnięte lasem pagórki. Tym razem trafiłem na wulkan, który niczego nie udaje. Etna dymiła, kiedy budziliśmy się rano, dymiła, gdy szliśmy, i dymiła jeszcze wieczorem, gdy z daleka było widać, że w środku tej góry naprawdę coś się pali.

Śnieg, po którym chodzi się jak po popiele

Stożek Etny z chmurą popiołu nad zaśnieżonym zboczem

Wyszliśmy z Piano Provenzana na wschodnim zboczu tuż przed dziewiątą rano. Miejsce jest szczególne: dwadzieścia kilka lat temu lawa zjechała stąd prosto na stację narciarską i zabrała ją razem z domkami. Do dziś idzie się między czarnymi wałami zastygłej lawy, które wyglądają jak zamarznięte w biegu fale.

A na tych falach leżał śnieg. To jest chyba najdziwniejsza rzecz, jaką widziałem w górach: biały puch przykrywa czarną, chropowatą skałę, a wiatr zdmuchuje z niej popiół, więc śnieg jest miejscami szary jak przybrudzona pościel. Idzie się cicho, bo pod butami nie chrzęści kamień, tylko sypki grys, którego wulkan nasypał tu przez lata.

Tam, gdzie kończą się szlaki

Leon na grzbiecie zastygłej lawy, w tle dymiący krater Etny

Na szczyt Etny nie da się teraz wejść i nie ma z tym dyskusji. Gdy wulkan pracuje, szlaki w górnej części zamykają, bo z krateru lecą kamienie, a popiół potrafi zasypać drogę w kilkanaście minut. Szliśmy więc tak wysoko, jak było wolno - i ani kroku dalej.

To zdjęcie jest z najdalszego punktu, do którego dotarłem. Stoję na wąskim grzbiecie zastygłej lawy, po obu stronach białe pola śniegu, a nad wszystkim stożek z chmurą popiołu, która wychodzi z krateru jak dym z ogromnego komina i płynie w bok, popychana wiatrem. Nie było huku ani grzmotu, jakich się spodziewałem. Był szum - taki jak od pociągu jadącego gdzieś bardzo daleko, który nigdy nie przejeżdża.

Najdalej doszedłem pod Pizzi Dèneri, na wysokość około 2830 metrów. Stoi tam samotny budynek wysoko ponad wszystkim: obserwatorium wulkanologiczne należące do INGV, włoskiego instytutu, który pilnuje Etny dzień i noc. To stamtąd naukowcy patrzą wulkanowi prosto w krater, mierzą drgania ziemi i skład gazów, i to oni decydują, kiedy trzeba zamknąć szlaki. Widzieć takie miejsce z bliska to trochę jak zajrzeć do kuchni: nagle wiadomo, że ta góra nie jest zostawiona sama sobie, tylko ktoś siedzi obok i słucha jej bicia serca.

Nagranie z trasy: chmura popiołu rośnie nad grzbietem, a obiektyw przybliża ją tak, jak podchodziłem

Morze pod stopami

Kiedy człowiek odwróci się od krateru, dostaje drugą nagrodę. Etna stoi tuż przy morzu, więc z jej zboczy widać wszystko naraz: białe pola śniegu urywają się nagle, niżej zaczyna się rdzawa pustynia lawy, jeszcze niżej zieleń sadów, a na końcu, w lekkiej mgiełce, leży wybrzeże Sycylii i morze. Tego się nie da porównać z niczym u nas. W Karkonoszach patrzę z góry na doliny; tutaj patrzyłem z góry na całą wyspę.

Najlepiej widać to na filmie poniżej. Wystarczy stanąć w jednym miejscu i obrócić się dookoła własnej osi: najpierw przesuwa się morze i wybrzeże w dole, potem mija zabudowania obserwatorium wulkanologicznego INGV, aż w drugiej połowie kadr wypełnia śnieżne zbocze i stożek Etny z dymem. Cała wyprawa w jednym obrocie.

Obrót dookoła spod obserwatorium INGV: najpierw wybrzeże i morze, potem zabudowania stacji, a od połowy stożek Etny z dymem

Najszybszy sposób na zejście z wulkanu

A teraz rzecz, której nie planowałem, a która okazała się najlepszą zabawą całej wyprawy. Zejście ze zbocza prowadzi szeroką, gładką rynną wypełnioną śniegiem - a skoro tak, to po co iść? W Karkonoszach zjeżdżałem starym torem saneczkowym, a ze Śnieżki na jabłuszku, więc sprawa była jasna: siadam i jadę. Na tylnej części ciała, bez sanek, bez niczego.

Wyszło szybko, ślisko i bardzo śmiesznie. Jedna rzecz jest tu inna niż w domu: śnieg na Etnie ma w sobie wulkaniczny pył, więc spodnie po takim zjeździe wyglądają, jakby ktoś je wytarzał w popiele. Warto było co do jednej plamy.

Zjazd na tyłku po śnieżnej rynnie - najszybszy sposób na zejście z wulkanu ;)

Gdy zapada zmierzch, wulkan zmienia się w latarnię

Krater Etny o zmierzchu z widoczną pomarańczową łuną lawy

Zeszliśmy pod wieczór, po ośmiu godzinach na nogach. I wtedy wydarzyła się rzecz najlepsza. W dzień chmura nad kraterem jest po prostu szara. Ale kiedy słońce schowa się za zbocze i zrobi się ciemno, w tej chmurze zaczyna się coś tlić: najpierw ledwie widoczny różowy odblask, potem wyraźna pomarańczowa plama, a w końcu widać ją gołym okiem - lawę w kraterze.

Stałem i patrzyłem, aż zrobiło się zupełnie ciemno. Trudno uwierzyć, że to nie efekt filmowy, tylko dziura w ziemi, przez którą widać, co jest w środku naszej planety.

Etna widziana z Katanii

Leon na tarasie w Katanii, w tle ośnieżona Etna

Następnego dnia zszedłem na dół, do Katanii - miasta, które leży dosłownie u stóp wulkanu. I tu dopiero widać, z czym mieszkają ludzie na Sycylii. Wychodzisz na taras nad dachami, patrzysz ponad kopuły kościołów, a tam, nad całym miastem, stoi biały stożek z dymiącym czubkiem. Nikt się na niego nie ogląda. Katańczycy chodzą do pracy, piją kawę, trąbią na siebie w korkach, a Etna po prostu jest - tak jak u nas Śnieżka, z tą różnicą, że Śnieżka nie wybucha.

Zresztą całe miasto jest z wulkanu zbudowane. Czarne płyty na chodnikach, ciemne kamienie w murach kościołów, nawet słynny słoń na głównym placu - wszystko to zastygła lawa. Miasto kilka razy w historii zostało zniszczone przez wybuchy i trzęsienia ziemi, i za każdym razem odbudowywano je z tego samego materiału, który je zniszczył.

Ośnieżona Etna górująca nad dachami Katanii

Z dołu widać też coś, czego nie da się zobaczyć, stojąc na zboczu: prawdziwy rozmiar tej góry. Etna nie jest ostrą turnią, tylko ogromnym, rozłożystym stożkiem, który zajmuje pół widnokręgu. Jej podstawa ma około 40 kilometrów średnicy - gdyby postawić ją u nas, przykryłaby całą Kotlinę Jeleniogórską razem z Karkonoszami i jeszcze by zostało. A na samym czubku, na wysokości ponad trzech kilometrów, cały czas leniwie płynął ten sam dym, który rano oglądałem z bliska.

Zbliżenie na dymiący, ośnieżony szczyt Etny

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, jak zwyczajnie wygląda góra, która potrafi być groźna. Biały stożek, delikatna smuga dymu, błękitne niebo - z odległości kilkudziesięciu kilometrów Etna przypomina spokojną, zaśnieżoną górę jak każda inna. Trzeba podejść bliżej albo poczekać do zmroku, żeby zobaczyć, co naprawdę siedzi w środku.

Nocny widok na Etnę znad Katanii z czerwoną łuną nad kraterem

Wieczorem, już z daleka, zobaczyłem to samo co poprzedniego dnia ze zbocza: ciemny masyw, biały śnieg w poświacie świateł miasteczek, a na samej górze mała, czerwona kreska. Nad światłami ulic, nad palmami, nad domami. Wulkan świecił jak latarnia morska ustawiona nie tam, gdzie trzeba.

Trasa

Z Piano Provenzana (1478 m n.p.m.) pod obserwatorium INGV przy Pizzi Dèneri (około 2830 m) i tą samą drogą z powrotem: 23,26 km i 1382 metry sumy podejść, od 8:39 rano do zmierzchu. Ślad z trasy możecie obejrzeć na mapie pod wpisem - w górę i w dół szedłem dokładnie tą samą drogą. To mniej więcej tyle, ile mój najdłuższy dzień na Głównym Szlaku Sudeckim - tyle że w miejscu, gdzie zamiast kosodrzewiny rośnie popiół.

Trasa: Piano Provenzana - Pizzi Dèneri (w górę i tą samą drogą w dół) (przewijaj z Ctrl, żeby przybliżyć)
Mapa trasy: Etna od wschodu: najbliżej, jak się dało
Mapa trasy wyprawy (zapis z aplikacji)