Leśny cmentarz pod Chojnikiem

Hej, to ja, Leon! Wydawałoby się, że okolice Chojnika znam już na pamięć - a jednak góry zawsze mają w zanadrzu jakąś tajemnicę. Dziś, w drodze na zamek, pobuszowałem po bocznych ścieżkach i znalazłem coś niezwykłego: ukryty w lesie cmentarz rodziny Cogho. Leży na północnym zboczu góry, nie prowadzi do niego żaden kolorowy szlak - tylko skromne drogowskazy dla tych, którzy wiedzą, czego szukają.
Sam cmentarzyk wygląda, jakby las powoli brał go w opiekę: płyty zasypane jesiennymi liśćmi, napisy już mało czytelne. Udało mi się jednak odczytać przedwojenne daty. Rodzina Cogho żyła tu, gdy te lasy należały jeszcze do dawnych, niemieckich gospodarzy tych ziem - a jej członkowie wybrali na miejsce spoczynku ciszę leśnego zbocza zamiast miejskiego cmentarza. Stałem tam chwilę w ciszy, słuchając tylko szelestu liści. Takie miejsca przypominają, że góry mają nie tylko szlaki i widoki, ale też swoją pamięć.
Włosi, którzy zostali leśnikami
Cogho to bardzo stara tutejsza rodzina, choć wcale nie stąd pochodzi. Przyjechali z Włoch w 1520 roku, gdy Jan Baptysta Cogho został leśniczym u hrabiów Schaffgotschów, i przy lesie zostali przez kolejne stulecia. Cmentarzyk założono dopiero w 1916 roku, żeby pochować porucznika Richarda Cogho, który zginął dwa lata wcześniej pod Tannenbergiem. Potem dołączyli do niego rodzice i kolejni krewni.
Takich cmentarzyków jest w naszych lasach zaskakująco dużo. Przed wojną w każdej wsi u stóp Karkonoszy mieszkali ludzie, którzy żyli tu od pokoleń, i to oni zakładali te wszystkie groby, kapliczki i kamienie pamiątkowe. Potem, w 1945 roku, wszystko się odwróciło: dawni mieszkańcy musieli odejść, przyjechali nowi, i nagle po tych grobach nie został nikt, kto by o nie zadbał.
Efekt widać do dziś. Część nagrobków zniknęła, część rozbito, a resztę powoli zarósł las. Nie ma w tym już złości ani niczyjej winy, po prostu minęło siedemdziesiąt lat, a kamień bez opieki obrasta mchem szybciej, niż się wydaje. Litery robią się nieczytelne, płyta pęka, korzeń podnosi ją od spodu i po jakimś czasie zostaje tylko dziwnie równy kształt między drzewami.
Dlatego lubię takie boczne ścieżki. Idąc głównym szlakiem, człowiek widzi to, co mu pokazano: zamek, punkt widokowy, tabliczkę z nazwą. Wystarczy jednak zejść sto metrów w bok i okazuje się, że ta sama góra ma jeszcze drugie życie, o którym nie pisze się w przewodnikach. Trzeba tylko iść wolno i patrzeć w krzaki zamiast pod nogi ;)