Witosza: cokół po wieży Bismarcka

Hej, to ja, Leon! Pozdrawiam z cokołu pozostałego po wieży Bismarcka na Górze Witosza w Staniszowie. Dzisiaj super pogoda na szwendanie ;) Byłem tu w zeszłym roku, gdy zwiedzałem Wzgórza Łomnickie - ale wtedy nie dotarłem do samego cokołu.
Witosza ma 484 metry i jest jednym z najwyższych wzniesień Wzgórz Łomnickich. Niby nic, kilkanaście minut podejścia, ale stoi dokładnie tam, gdzie trzeba: w środku Kotliny Jeleniogórskiej, z widokiem na Karkonosze z jednej strony i Rudawy Janowickie z drugiej. Dlatego właśnie ktoś kiedyś uznał, że to idealne miejsce na pomnik.
Wieża, która nie miała misy ognia
W Niemczech pod koniec dziewiętnastego wieku zapanowała moda na stawianie wież ku czci kanclerza Bismarcka. W sumie powstało ich około 240 i bardzo się między sobą różniły. W założeniu miały być wielostopniowymi budowlami z czterema kolumnami i wielką misą ogniową na szczycie, w której kilka razy w roku rozpalano by ogień widoczny z daleka.
Ta na Witoszy powstała z inicjatywy jeleniogórskich przemysłowców, na ziemiach należących do księcia Heinricha XXVIII Reuss, który został honorowym przewodniczącym komitetu budowy. Zaprojektował ją i wykonał miejscowy architekt Alfred Daehmel, ten sam, który zaprojektował teatr w Jeleniej Górze. Wyszedł z tego pomnik wysoki na czternaście metrów, ale bez misy ogniowej. Uroczyste odsłonięcie i poświęcenie odbyło się 22 września 1901 roku, a całość kosztowała dziewięć tysięcy marek.
Przy okazji książę Reuss zadbał o całe wzgórze. Razem z Towarzystwem Karkonoskim wytyczono tu alejki, zbudowano schody, ustawiono ławki i urządzono punkty widokowe. Witosza miała być miejscem na niedzielny spacer, a nie tylko postumentem, i po części do dziś taka została, choć alejki mocno zdziczały.
Wysadzona w 1947 roku
Wieża stała czterdzieści sześć lat. W 1947 roku wysadzili ją w powietrze polscy żołnierze, i to bardzo skutecznie, bo szczątki budowli rozsypały się po wszystkich zboczach Witoszy, najwięcej po stronie północno-wschodniej. Do dziś można się o nie potykać, idąc na przełaj przez las: kanciaste bloki obrobionego kamienia leżące zupełnie nie tam, gdzie leżeć powinny.
W Staniszowie opowiadają, że przy tej okazji ładunek okazał się odrobinę za mocny i we wsi pod górą pospadały dachówki z dachów. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale patrząc, jak daleko zaleciały kamienie, wcale bym się nie zdziwił.
Z całej budowli został cokół i wcale nie trzeba go szukać. Stoi na samym szczycie i widać go już z daleka: potężna, kilkumetrowa bryła z ciosanych granitowych bloków, ułożonych w regularne warstwy. Wchodzi się na nią po nierównych stopniach, które ktoś ułożył z rozrzuconych po zboczu kamieni, czyli z resztek samej wieży. Na górze jest płaski placyk, a z niego wystaje poszarpana krawędź w miejscu, gdzie kończył się cokół, a zaczynała reszta pomnika.
Trzyma się przy tym zaskakująco dobrze jak na coś, co przetrwało wybuch i kolejne siedemdziesiąt lat bez żadnej opieki. Bloki są tak dopasowane, że nawet dziś nie widać między nimi szczeliny. Szkoda tylko, że ktoś uznał ścianę za dobre miejsce na malowanie sprayem.
Kamień starszy od wszystkiego
Najciekawsze jest jednak to, na czym ta wieża stała. Granit Wzgórz Łomnickich zastygł głęboko pod ziemią, a na powierzchnię wyszedł jakieś 250 milionów lat temu, jeszcze przed największym wymieraniem w dziejach naszej planety, w którym zniknęło dziewięćdziesiąt procent żyjących wtedy organizmów. Wobec takich liczb nasza wieża, która stała czterdzieści sześć lat, wypada raczej skromnie ;)
Przez następne miliony lat było tu dużo cieplej i mokrzej niż dziś, mniej więcej jak dzisiaj na sawannie. W takim klimacie skała gnije od środka: woda przesącza się pod ziemią i rozkłada granit na zwietrzelinę, czyli sypki gruz. Od czasu do czasu ta zwietrzelina była wymywana, a wtedy wyłaziły z niej te kawałki skały, które akurat były twardsze i odporniejsze.
Prawdziwa robota zaczęła się jakieś dziesięć milionów lat temu, gdy klimat gwałtownie się osuszył, a potem ochłodził. Nowa zwietrzelina przestała powstawać, a stara szybko znikała, więc spod niej wyszły kopulaste wzgórza, które z czasem coraz bardziej górowały nad równiną. Czyli te nasze górki nie tyle wyrosły, ile zostały odsłonięte, jak rzeźba wykopana z piasku.
Potem przyszła kolej na same kopuły. Wietrzenie rozbiło je na bloki i tak z gładkiego garbu zrobiło się wzgórze rumowiskowe, czyli takie z rozsypanymi po zboczach głazami. Witosza jest tego podręcznikowym przykładem, a proces trwa dalej, tylko powoli. Można więc powiedzieć, że w 1947 roku wojsko po prostu trochę mu pomogło ;)
I to jest w tym miejscu najlepsze. Ktoś kiedyś włożył tu mnóstwo pracy i pieniędzy, żeby pomnik przetrwał wieki i przypominał o ważnym człowieku. Po stu latach z pomnika został sam fundament, na który dzieciaki wdrapują się jak na skałkę, i góra, która rozsypuje się we własnym tempie od milionów lat. Za to widok, dla którego całą tę wieżę tu postawiono, ma się dokładnie ten sam: dachy Staniszowa w dole, a nad nimi cały grzbiet Karkonoszy. Przy punkcie widokowym stoi nawet barierka, żeby dało się spokojnie stanąć na krawędzi i popatrzeć.