Wyprawa w Góry Kamienne: Waligóra i naleśnik w Andrzejówce

Długość trasy
22 km
Suma podejść
850 m
Sposób
pieszo
Leon na kamiennym słupku wśród traw na grzbiecie Gór Kamiennych

Hej, to ja, Leon! Znacie bajkę o Waligórze i Wyrwidębie? Jeden przewracał góry, drugi wyrywał dęby z korzeniami - dwaj bracia-siłacze, którzy razem pokonali smoka. Dziś poszedłem sprawdzić górę, która nosi imię tego pierwszego! Wyprawa w Góry Kamienne zaczęła się na rynku w Mieroszowie. Za nieczynną stacją kolejową czekało mnie bardzo strome podejście na górę Jatki, a potem równie strome podejścia i zejścia pod Wysadę, Kuzel i Kopicę - jakby sam Waligóra poustawiał je tu na próbę dla wędrowców ;)

Leon pokazuje wielkiego maślaka znalezionego w trawie

Szlak prowadził wzdłuż granicy z Czechami - w trawie znalazłem całkiem pokaźną rodzinę maślaczków. Będzie co jeść :) Od Granicznika ruszyłem na przełęcz i na sam szczyt Waligóry (936 m n.p.m.) - najwyższy punkt dzisiejszej trasy i mój siódmy szczyt z 21 do Korony Sudetów! Stromym zejściem dotarłem na Przełęcz Trzech Dolin do Schroniska Andrzejówka, gdzie czekała nagroda: pyszny naleśnik z jagódkami.

Wracałem przez ruiny XIII-wiecznego Zamku Radosno - została po nim wieża i zdewastowane piwnice, w sam raz dla wyobraźni: kto tu mieszkał? Czego pilnował? Na nogach 22 km i 850 metrów przewyższenia. Pogoda jesienna - zero słońca, trochę wiało i miejscami padało - ale trasa bardzo ciekawa.

Arbeitslager Friedland

Po drodze zatrzymałem się jeszcze przy tablicy, która opowiada smutną i prawdziwą historię. Około kilometra od centrum Mieroszowa, między drogą do Wałbrzycha a torami kolejowymi, od 8 września 1944 do 8 maja 1945 roku działał obóz pracy Arbeitslager Friedland, męska filia niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen.

Obóz miał dwie części. Bliżej miasta stały budynki murowane: komendantura, magazyny, kuchnia i kwatery załogi SS. Dalej były drewniane baraki, i to w nich trzymano więźniów. W grudniu 1944 roku przywieziono tu trzema transportami z Oświęcimia 515 polskich i słowackich Żydów, a w lutym 1945 w obozie było już 570 osób. Pracowali w okolicznych fabrykach, przy śmigłach do samolotów i innych częściach dla lotnictwa.

Pod koniec wojny przywieziono tu jeszcze więźniów z pobliskiego obozu Riese, tego samego, który drążył podziemia w Górach Sowich. W kwietniu 1945 część więźniów z Mieroszowa ewakuowano z kolei do obozu w Kolcach, gdzie dziś jest cmentarz ofiar faszyzmu. Te miejsca łączą się ze sobą jak ogniwa jednego łańcucha.

Najgorsze przyszło na przełomie lutego i marca 1945 roku, gdy przez Mieroszów zaczęły przechodzić marsze śmierci z innych filii Gross-Rosen. Szacuje się, że przez to niewielkie miasteczko przeszło wtedy około dziesięciu tysięcy więźniów. Zachowała się relacja jednego z nich, Edmunda Szenkowskiego, który zapamiętał, że po drodze padali ludzie niemogący już iść dalej, a takich dobijano strzałem i wrzucano do rowu.

Samego obozu w Mieroszowie nie przeżyło ponad 120 osób. Wyzwolono go 8 maja 1945 roku, czyli ostatniego dnia wojny w Europie.

I tu rzecz, która robi największe wrażenie. Drewniane baraki więźniów dawno zniknęły, ale murowana część obozu stoi do dziś, i to nie jedna chałupka: siedem budynków mieszkalnych. Słowo „baraki” zupełnie ich nie oddaje, bo to solidne, piętrowe domy z równym rzędem okien, postawione seryjnie i pod jedno przeznaczenie.

Nie są ruiną ani muzeum. To dziś zwyczajne domy, w których żyją ludzie. Jedne są odnowione i pomalowane, na innych tynk odpadł całymi płatami i wtedy widać coś zaskakującego. Ściany są ceglane, ale na cegłę przybito wielkie płyty prasowanej słomy i dopiero to otynkowano. Czyli zwykłe ocieplenie, dokładnie w tej samej roli, w jakiej dziś przykleja się styropian, tylko zrobione w 1944 roku i ze słomy, bo pod koniec wojny Niemcom brakowało już wszystkiego poza tym, co rosło na polu. Takie same płyty widuje się w obiektach kompleksu Riese, kilkadziesiąt kilometrów stąd.

Przechodzi się obok i nie ma się pojęcia, co to za budynki, dopóki ktoś nie powie.

Trochę mi się to nie mieści w głowie, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej rozumiem. Po wojnie ludzie potrzebowali dachu nad głową i brali to, co stało. A poza tym to wszystko nie działo się gdzieś daleko, w osobnym świecie przeznaczonym do takich rzeczy. Działo się w zwykłym miasteczku, przy zwykłej drodze, między domami, w których do dziś ktoś mieszka.

Mapa trasy: Wyprawa w Góry Kamienne: Waligóra i naleśnik w Andrzejówce
Mapa trasy wyprawy (zapis z aplikacji)