Zimowy zachód słońca na Śnieżniku i Jaskinia Niedźwiedzia

Leon na śniegu o zmierzchu, w tle różowe niebo nad grzbietem Karkonoszy

Hej, to ja, Leon! Dziś wyprawa na zachód słońca na Śnieżnik. Zaczęło się w Kletnie, gdzie po drodze odwiedziłem Jaskinię Niedźwiedzią. Zobaczyłem tam piękne stalaktyty, stalagmity i stalagnaty - a także inne formy naciekowe, których nazwy mam na szczęście zapisane w zakupionym przewodniku ;)

Jaskinia Niedźwiedzia

Jaskinię odkryto zupełnie przypadkiem. W Kletnie działał kamieniołom marmuru i podczas odstrzału skała nagle się zapadła, odsłaniając czarną dziurę. W środku okazało się, że pod ziemią ciągną się korytarze, sale i jeziorka, których nikt nie widział przez dziesiątki tysięcy lat. Turyści chodzą tylko po niewielkiej części, reszta jest zamknięta dla naukowców.

Nazwa wzięła się od kości. Znaleziono ich tu ogromne ilości, a większość należała do niedźwiedzi jaskiniowych, zwierząt większych od dzisiejszych niedźwiedzi brunatnych, które wymarły tysiące lat temu. Prawdopodobnie chodziły tu spać na zimę i część z nich już się nie obudziła. Leżą w tej jaskini dłużej, niż istnieje jakikolwiek kraj na świecie.

Nacieki rosną w tempie, przy którym każdy pośpiech jest śmieszny: kilka centymetrów na sto lat, kropla po kropli. Stalaktyt zwisa z sufitu, stalagmit rośnie mu na spotkanie z podłogi, a gdy po wielu tysiącach lat wreszcie się spotkają, powstaje stalagnat, czyli kolumna. Trudno się potem dziwić prośbie, żeby niczego nie dotykać.

Leon na śniegu w blasku zachodzącego słońca nad grzbietem gór

Dalej marsz żółtym szlakiem, zakwaterowanie w Schronisku „Na Śnieżniku” im. Zbigniewa Fastnachta i wymarsz na zachód słońca na Śnieżnik. Czechy były całe przykryte pięknym morzem chmur! Po drodze sporo śniegu, więc raczki bardzo się przydały. A przy ruinach wieży na szczycie znalazłem świetne miejsce do wieczornych zjazdów :) Powrót do schroniska już z latarką na czole.

Zachód słońca na kopule

Kopuła Śnieżnika zimą wygląda jak jedno wielkie białe pole. Nie ma tu skał ani lasu, tylko rozległy, łagodny wierzchołek, po którym wiatr przewiewa śnieg z jednej strony na drugą. Przy dobrej widoczności widać stąd naprawdę daleko, bo Śnieżnik stoi na styku trzech pasm i nic go nie zasłania.

Ruiny na szczycie to resztki kamiennej wieży widokowej, a była to budowla nie byle jaka. Zaprojektował ją wrocławski architekt Felix Henry, wznoszono ją od 1895 roku i skończono w 1899, a razem z dwiema cylindrycznymi basztami mierzyła trzydzieści trzy i pół metra. Postawiono ją jako pomnik cesarza Wilhelma I, więc była jednocześnie wieżą widokową i pomnikiem, co po latach okazało się dla niej kłopotliwe.

Po wojnie wieża wciąż była celem wycieczek, tyle że nikt się nią nie zajmował. Przez dziesięciolecia bez remontu kamienna konstrukcja robiła się coraz bardziej zmurszała i w końcu uznano ją za niebezpieczną. To był oficjalny powód decyzji o rozbiórce, choć niemało osób do dziś uważa, że prawdziwym problemem był cesarz w nazwie.

Roboty nie zlecono żadnej firmie budowlanej. Na szczyt weszli saperzy z Wrocławia z ładunkami wybuchowymi. Pierwsza detonacja nie dała rady, więc założono podwójny ładunek i 11 października 1973 roku, o drugiej po południu, kamienna wieża runęła. Gruz rozsypał się po wierzchołku i tak zostało przez prawie pół wieku.

Właśnie ten gruz zastałem: okrągły wał kamieni w miejscu, gdzie kiedyś stała wieża, świetny za to do wieczornych zjazdów na kurtce ;) Dopiero w 2022 roku stanęła tu nowa wieża widokowa i szczyt znów ma na czym zadzierać nosa.

Nocleg w schronisku na Śnieżniku ma jedną wielką zaletę: nie trzeba pędzić w dół. Można spokojnie zostać na szczycie do ostatniego promienia, poczekać, aż niebo zgaśnie, i dopiero wtedy ruszyć, świecąc sobie pod nogi. Po drodze śnieg skrzypi, gwiazdy wychodzą jedna po drugiej, a w oknach schroniska pali się światło, które widać już z daleka.