Tarnica: najwyższy szczyt Bieszczad i busik pełen legend

Hej, to ja, Leon! Moje Bieszczady... dzisiaj biegowo na Tarnicę ;) Wyprawa na najwyższy szczyt naszych Bieszczad zaczęła się w Wołosatem, do którego dojechałem elektrycznym busikiem. I to była podróż sama w sobie: przez całą drogę słuchałem legend o Bieszczadach! O zbójnikach, o dawnych mieszkańcach połonin, o duchach chodzących mgłą po grzbietach. Bieszczady to kraina, w której opowieści rosną równie bujnie jak trawa na połoninach.
Rozsypaniec, który naprawdę jest rozsypany

Całą wyprawę przeszedłem Głównym Szlakiem Beskidzkim - tym samym, który zacząłem dwa lata temu w Ustroniu! Miło znaleźć się na jego drugim końcu. Z Wołosatego początkowo asfaltem, potem ubitym traktem na Przełęcz Bukowską. Następnie wspiąłem się na Połoninę Bukowską i po kolei minąłem śmiesznie brzmiący szczyt Rozsypaniec - który rzeczywiście wyglądał na rozsypany! - dalej Halicz i trawersem Kopę Bukowską.
Na szczycie Bieszczad

Z Przełęczy Goprowskiej chwila i byłem na Tarnicy (1346 m n.p.m.) - z charakterystycznym metalowym krzyżem na szczycie. Widok z połonin jest zupełnie inny niż w Karkonoszach czy Tatrach: żadnych skalnych turni, tylko fale trawiastych grzbietów ciągnące się aż po horyzont. Kolejne górki to Tarniczka oraz Szeroki Wierch, z którego już tylko w dół dotarłem do Ustrzyk Górnych.
Pogoda dopisała, a z połoniny oglądałem okoliczne szczyty bez końca. Aż żal było schodzić... ale jutro ma być jeszcze lepiej, więc nic straconego! Na nogach 24 km i około 1000 metrów przewyższenia.










